Głównie o hip-hopie. Zahaczę też o kino, literaturę, może sport.
RSS
wtorek, 17 listopada 2009


Zapowiedzi były buńczuczne - że będziemy mieli do czynienia ze świetnym albumem, że kroi się wielki hit, że dostaniemy płytę, którą zaliczymy do klasyków. A jak jest w rzeczywistości? Dobrze, momentami nawet bardzo dobrze. Klasyk? Niekoniecznie, ale o tym przekonamy się dopiero za lat kilka. Jedno jest pewne - krążek "Kilka numerów o czymś" mocno namiesza w hip-hopowych podsumowaniach tego roku.

7/10

TRACKLISTA:

01. Intro (+ Dj Ike)
02. Miałem to rzucić (+ Dj Ike, prod: Joter, Dj Ike)
03. Pamiętaj kto (+ The Returners, prod: Artem)
04. Wszyscy kłamią (+ Wergawer, The Returners, prod: The Returners)
05. Właśnie Ty (+ Dj Ike, prod: Joter, Dj Ike)
06. Wyjeżdżam by wrócić (+ Dj Who?list, prod: 2sty)
07. Nie byłem nigdy (prod: The Returners)
08. Jak pierwsze włosy na jajach (+ Dj Jarzomb, prod: Expe)
09. Pozwól mi nie mówić nic (+Dj Who?list, prod: Amonn)
10. Postaw na mnie (+ Dj Who?list, prod: 2sty)
11. Ponad horyzont (+ Dj Fun_key, prod: Czarlson)
12. Paznokcie (+ Dj Jarzomb, prod: Bartas)
13. 5 Element (+ Jinx, The Returners, prod: Kazzam)
14. Mógłbym (Prod: Poka)
15. Męczennik (+ Dj Who?list, prod: Poka)
17:30, m.marcola
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009


Moim ulubionym utworem Eminema jest “Lose Yourself” z soundtracku do filmu “8. Mila”. Bezapelacyjnie.

Lubię - uwielbiam wręcz - wyróżniać się z tłumu, być oryginalnym itd., ale w tym przypadku oryginalny bynajmniej nie jestem. Bo z tego, co wiem, większość osób na pytanie o ulubiony track Eminema, odpowiada:

- “Lose Yourself” z soundtracku do filmu “8. Mila”. Bezapelacyjnie.

Powiem od razu, że nie jestem jakimś wielkim fanem Eminema. jednak za dwie - okej, trzy - rzeczy go uwielbiam:

  1. Za udane kooperacje z Dr. Dre (vide utwory z kultowego “2001”)
  2. Za kontrowersyjny charakter
  3. I oczywiście za “Lose Yourself” - rapowy utwór doskonały, za którego Slim dostał ZASŁUŻONEGO (“jebać hejterów, jebać hejteeerów”, cytując klasyka z polskiej sceny hip-hopowej i wtórujących mu fanów) Oscara.

Beat z “Lose…” to absolutnie arcydzieło, moim skromnym zdaniem jest lepszy niż jakikolwiek inny z kolekcji Dre czy, let’s say, DJ Premiera (no może odrobinkę przesadziłem). Na jednym z wielu wydanych soundtracków “8. Mili” znajduje się wersja instrumentalna omawianego utworu i jeśli byłbym zawodowym bokserem, to właśnie ten instrumental wprowadzałby mnie na ring. Daje naprawdę potężnego kopa, sam znajduję w nim inspirację, że się wyrażę tak po poetycku.

Ale tak czy owak, wersja z nawijką Eminema jest jeszcze lepsza. Tekst utworu, pisany w przerwach pomiędzy kręceniem kolejnych scen filmu*, jest chyba najlepszym w dotychczasowej karierze rapera pochodzącego z Detroit. Niektórzy mówią, że banalny, że taki, że sraki. Kurde, banalny?! Według mnie jest dokładnie odwrotnie - tekst jest NIEBANALNY. Slim Shady nie wyśmiewa w nim, jak to ma w zwyczaju, ani gwiazd szołbiznesu, ani nawet swojej matki, lecz porusza sprawy istotne. I robi to w sposób co najmniej satysfakcjonujący. Aż ciary przechodzą po całym ciele.

Jeszcze jedno w tym kawałku zachwyca - sposób, w jaki Eminem rapuje. Oczywiście, nigdy nie schodzi on poniżej wysokiego poziomu, ale ma się wrażenie - przynajmniej ja to odczuwam - że w “Lose Yourself” raper dał z siebie wszystko, zrobił coś ponad stan (nie mylić z utworem “Stan”), wykrzesał resztki swoich zdolności i umiejętności.

Dla mnie “Lose…” to najważniejszy kawałek Eminema w jego dotychczasowej karierze muzycznej. Ciekaw jestem jego opinii na ten temat. Jak już umówię się z nim wreszcie na ten wywiad, zapytam go o to ;)

* kartka, na której Em pisał tekst - i która pojawiła się nawet w filmie - poszła na jakiejś aukcji internetowej za 10 tysięcy dolarów.

Wklejam jeszcze słynne lyricsy...

Look, if you had one shot, or one opportunity To seize everything you ever wanted-One moment 
Would you capture it or just let it slip? 

Yeah, 
His palms are sweaty, knees weak, arms are heavy 
There’s vomit on his sweater already, mom’s spaghetti 
He’s nervous, but on the surface he looks calm and ready 
To drop bombs, but he keeps on forgetting 
What he wrote down, the whole crowd goes so loud 
He opens his mouth, but the words won’t come out 
He’s choking how, everybody’s joking now 
The clock’s run out, time’s up over, bloah! 
Snap back to reality, Oh there goes gravity 
Oh, there goes Rabbit, he choked 
He’s so mad, but he won’t give up that 
Easy, no 
He won’t have it , he knows his whole back’s to these ropes 
It don’t matter, he’s dope 
He knows that, but he’s broke 
He’s so stagnant that he knows 
When he goes back to his mobile home, that’s when it’s 
Back to the lab again yo 
This whole rhapsody 
He better go capture this moment and hope it don’t pass him

x2 
(You better lose yourself in the music, the moment 
You own it, you better never let it go go 
You only get one shot, do not miss your chance to blow 
This opportunity comes once in a lifetime yo) 

This soul’s escaping, through this hole that it’s gaping 
This world is mine for the taking 
Make me king, as we move toward a, new world order 
A normal life is boring, but superstardom’s close to post mortem 
It only grows harder, homey grows hotter 
He blows us all over these hoes is all on him 
Coast to coast shows, he’s know as the globetrotter 
Lonely roads, God only knows 
He’s grown farther from home, he’s no father 
He goes home and barely knows his own daughter 
But hold your nose cause here goes the cold water 
His hoes don’t want him no mo, he’s cold product 
They moved on to the next schmoe who flows 
He nose dove and sold nada 
So the soap opera is told and unfolds 
I suppose it’s old partner’, but the beat goes on 
Da da dum da dum da da 
x2 
(You better lose yourself in the music, the moment 
You own it, you better never let it go go 
You only get one shot, do not miss your chance to blow 
This opportunity comes once in a lifetime yo) 

No more games, I’ma change what you call rage 
Tear this motherfucking roof off like two dogs caged 
I was playing in the beginning, the mood all changed 
I been chewed up and spit out and booed off stage 
But I kept rhyming and stepwritin the next cypher 
Best believe somebody’s paying the pied piper 
All the pain inside amplified by the 
Fact that I can’t get by with my nine to 
Five and I can’t provide the right type of life for my family 
Cause man, these goddam food stamps don’t buy diapers 
And it’s no movie, there’s no Mekhi Phifer, this is my life 
And these times are so hard and it’s getting even harder 
Trying to feed and water my seed, plus 
Teeter totter caught up between being a father and a prima donna 
Baby mama drama’s screaming on and 
Too much for me to wanna 
Stay in one spot, another day of monotony 
Has gotten me to the point, I’m like a snail 
I’ve got to formulate a plot or end up in jail or shot 
Success is my only motherfucking option, failure’s not 
Mom, I love you, but this trailer’s got to go 
I cannot grow old in Salem’s lot 
So here I go is my shot. 
Feet fail me not cause maybe the only opportunity that I got 

x2 
(You better lose yourself in the music, the moment 
You own it, you better never let it go go 
You only get one shot, do not miss your chance to blow 
This opportunity comes once in a lifetime yo) 

You can do anything you set your mind to, man

... i zamieszczam teledysk, słaby nawiasem mówiąc:

<object width="425" height="344"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/xFYQQPAOz7Y&hl=pl_PL&fs=1&"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/xFYQQPAOz7Y&hl=pl_PL&fs=1&" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"></embed></object>
18:32, m.marcola
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 listopada 2009
Zaczęło się od małego kłopotu - kurier nie miał mi wydać ze stówy. Profesjonalizm pełną gębą, nie ma co. Trudno, odczekałem godzinę, przeczytałem ze 17 wywiadów z Tarantino Quentinem i kurier był z powrotem. Nie gniewałem się na niego, bo - kurde waszka! - przywiózł mi w końcu dwie nowe płyty.

Dwie nowe płyty: jedną średnią, ale pewne trzy literki - no dobra, te trzy literki to "n", "a" i "s" zmuszają wręcz do posiadania jej w swojej kolekcji, drugą z kolei - kapitalną, niesamowitą, niewiarygodnie kapitalnie niesamowitą i niewiarygodnie niesamowicie kapitalną. Czyli w sumie było na co czekać ;)

Oto graficzne przedstawienie płyt, których jestem od niedawna szczęśliwym posiadaczem (z krótkim opisem każdej):



Nas to raper-legenda. Jego debiutancką płytę, "Illmatic" uznaje się za jedną z najlepszych w historii rapu ze wschodniego wybrzeża. Można jej nie lubić, ale szanować trzeba. I tak samo jest z Nas'em - można go nie lubić, ale szanować trzeba.

Choć jego płyty z XXI wieku nie dorównują tym z XX (oprócz "Illmatic" są to równie kapitalna "It Was Written", "I am..." i "Nastradamus) to wciąż utrzymują one wysoki, nieosiągalny dla wielu innych raperów poziom.

Krążek "Hip Hop Is Dead" wyszedł na rynek w 2006 roku. Było o nim głośno nie tylko dzięki warstwie muzycznej i samemu raperowi z Nowego Jorku, ale także dzięki tytułowi albumu i jednego z utworów. Nas ogłosił "śmierć hip-hopu". Wielu twierdziło, że to tylko i wyłącznie chwyt marketingowy, podnoszenie statystyk sprzedaży za pomocą chwytliwego tytułu i hitowej pioseneczki. Inni jednak mówili, że to ważny głos dla sceny hip-hopowej wypowiedziany przez ważnego rapera. Sam Nas ujął to tak: "Hip-hop is dead because we as artists no longer have the power." Dodawał też, że slogan "Hip Hop Is Dead" sięga znacznie głębiej, że nie chodzi tu tylko o muzykę, ale i o sytuację w kraju, o politykę itd.

Muzycznie album jest znośny, bity czasem lepsze, czasem gorsze, tekstowo nieźle, fajne featuringi. Wystarczy, bo to kurde nie jest recenzja ;)



Nie wyobrażam sobie miłośnika hip-hopu, który nie znałby tej pozycji. "Liquid Swords" to absolutny klasyk east-coastu, kunsztem podobny do wspomnianego wcześniej "Illmatic". Powiem tak - poziom tego longplaya jest równie wysoki, a może i wyższy, co debiut Wu-Tang Clanu, którego twórca opisywanego albumu, jest członkiem.

"Liquid Swords" to jeden z tych albumów, które moim zdaniem musisz przesłuchać przed łaskawym ruszeniem swojej grubej dupy do innego, lepszego ponoć świata. Aha, dodam, że bity na "Liquid..." to w głównej mierze sprawka niejakiego RZY. Czyli czad.

21:41, m.marcola
Link Dodaj komentarz »
| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
1. Ja w Internecie